Zrobieni w Polaka
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekt walczy słowem, prasa, wydarzenia | Opublikowano poniedziałek, 31 stycznia 2011
"Gazeta Wyborcza" mnie ostatnio zaskakuje i staje się świetnym materiałem do analizy. Zatem kilka słów o tym co powyżej.
Na pierwszym skanie mamy nagłówek "Menu tylko dla Polaków. Romowie wypraszani z knajp w Poznaniu". Przykra historia dyskryminacji Romów w klubach czy restauracjach Poznania zapewne w sporym stopniu przedstawia naszą rzeczywistość.
Zdecydowanie naszą rzeczywistość przedstawia historia mongolskiej rodziny, która osiadła w Polsce i nagle o mały włos nie została z niej wyproszona. Interwencja mediów i społeczeństwa sprawiły, że historia zakończyła się happy-endem.
Jednak w obu tych nagłówkach i opisach widać pewien przykry trend. Zacznijmy od pierwszego. Oto mamy knajpy "tylko dla Polaków". Autorki tekstu wyraźnie nawiązują tu do hasła "Nur für Deutsche". Pytanie brzmi - czy te miejsca są dla Rosjan, Niemców i innych narodowości dostępne? A może na równi z Romami są oni w nich dyskryminowani? Zapewne nie. Podkreślenie narodowości polskiej służy tu wykazaniu naszej wyjątkowości, wskazaniu na dyskryminowanych, jednak bez uwzględnienia takiej opcji, że można być Romem-Polakiem. A przecież źródłem dyskryminacji nie jest spoglądanie w dokumenty a ocena wyglądu, a więc kierowanie się uprzedzeniami etnicznymi. W tym momencie określenie "Polak" jest tu nie na miejscu, gdyż nie jest to grupa etniczna, a narodowość. Mamy przecież do czynienia ze zwyczajnym rasizmem.
I drugi artykuł - już o wiele mocniejszy. Rodzina Batdavaa pochodzi z Mongolii, jednak...
Zacznę od wypowiedzi Oyuna dla "Wyborczej":
"Będziemy starać się wrócić do normalnego życia i pokazać, że jesteśmy dobrą polską rodziną. Taką, która dba o rozwój tego kraju. Dlatego kształcimy się. Wolimy Polskę, bo czujemy się Polakami. Wracając po 11 latach do Mongolii, musielibyśmy zaczynać od nowa, jak w obcym kraju. My tam prawie nikogo nie znamy."
Sytuacja jest taka - państwo Batdavaa chcieli uzyskać prawo stałego pobytu w Polsce, co jest napisane w pierwszym akapicie tekstu. Mieli trudności z logiką naszych urzędów, co nie jest czymś wyjątkowym, a przykrą rzeczywistością. Jednak by było o tej sprawie głośno należało napisać, że państwo chcą uzyskać obywatelstwo. To coś całkiem innego niż stały pobyt. W tym duchu wypowiedź Oyuna należy odczytywać jako wpisującą się w to jak powinien mówić przyszły obywatel polski. Czytamy dalej "Wyborczą":
"Haszę witają transparenty przygotowane przez studentów: "Nie wywoźcie Polaków do Mongolii", "Hasza jest Polakiem" (...)."
Pozornie to wszystko wydaje się bardzo fajne, jednak brakuje mi w tym jednego elementu. Czuję się jakby chciano powiedzieć - tylko Polak ma prawo do mieszkania w Polsce. Czy gdyby państwo Batdavaa deklarowali, że są Mongołami mieszkającymi w Polsce (co jest akurat zgodne ze stanem faktycznym), tak bardzo byśmy chcieli im pomóc? Batdavaa padli ofiarą "bycia Polakiem" - chcą być "dobrą polską rodziną". Czy bycie dobrą mongolską rodziną w Polsce jest źle widziane? Obawiam się, że tak. Media wykreowały obraz de facto bardzo przykry - unicestwienia na użytek tej sprawy własnego pochodzenia. To świadczy jak najgorzej o tym kraju, gdzie by być akceptowanym, trzeba być "Polakiem". Aby stać się Polakiem trzeba trochę nas pochwalić, chcieć budować "naszą" wspólną przyszłość, mieć świetne wyniki w nauce (nawet najmłodszy okazuje się uzdolniony matematycznie). Na taki przywilej nie zasługują już zapewne imigranci, których dzieci zamiast się uczyć pomagają rodzinie w przeżyciu. W tej logice mamy podział na złych i dobrych imigrantów. Tych, którym warto pomóc - robiąc z nich Polaków i tych, o których nie pisze się na pierwszych stronach gazet, bo są Wietnamczykami tylko (?) mieszkającymi "u nas".
Kolejna uwaga. W powyższej wypowiedzi mamy przykry proces "wybielania" - odcinania się od własnej tożsamości i kreowania jej na użytek prawa imigracyjnego. Psychologia międzykulturowa od dawna zwraca uwagę na fakt, że imigranci przechodzą przez kilka etapów stawania się "imigrantem". Docelowym etapem jest docenianie pierwotnej tożsamości oraz wtórnej. Tutaj mamy do czynienia z zaprzeczeniem jej wspartym jeszcze śródtytułem "W Mongolii już nikogo nie znamy", choć bohater mówi wyraźnie "prawie nikogo".
Nacjonalizm we współczesnych formach jest często niezauważalny. Polega on między innymi na tym, że odmawiamy prawa bycia Polakiem Romom i - w dobrej intencji - wyłączamy ich ze zbioru "Polaków" nie pytając o obywatelstwo, a innych - również w dobrej intencji - inkorporujemy. To podskórne mechanizmy, które ujawniają się w sytuacjach, gdy musimy kogoś bronić. Robimy to nie przez pokazywanie, że każdy - niezależnie od poczucia przynależności - ma u nas takie same prawa, ale przez odnoszenie się do kategorii "Polaka". A ten konstrukt jest już bardzo płynny, o czym media nie chcą pamiętać.
Pewnie niektórzy i niektóre z Was myślą, że skoro państwo Batdaava "czują się Polakami", to powyższy wywód nie ma większego sensu. Ale co to znaczy "być Polakiem"? Odnoszę wrażenie, że raczej chcą się wpisać w pewien ogólnie akceptowany model Polaka, który zezwala na akceptację inności. A co by było gdyby na miejscu tych bohaterów pojawił się mongolski student-gej? Niezbyt uzdolniony, bez czwórki z plusem podczas obrony tytułu inżyniera. Taki co to wcale nie chce "dobrej polskiej rodziny" zakładać. Znalazłoby się dla niego miejsce na czołówkach gazet? Tak - pod warunkiem, że by zaczął opowiadać jak to homofobiczna jest Mongolia, a jak bardzo tolerancyjna Polska. Wtedy byśmy się poczuli odpowiednio dopieszczeni. O zjawisku ekscepcjonalizmu do tej pory mówiło się najczęściej w kontekście amerykańskim. Obie te historie wskazują na to, że nie jest nam ono obce.
Nie podoba mi się kraj, w którym ktokolwiek będzie musiał udowadniać, że tworzy "dobrą polską rodziną". Czas na zaakceptowanie innych rodzin, innych modeli. I zauważenie ich przez media.





















21 komentarzy:
trafny tekst - ukazuje jak bardzo Polska jest do tyłu w tych kwestiach. Choc z drugiej gdzie indziej jest dosc podobnie. Moze inne rozłożenie akcentów, inna skala, itp., ale w sumie ludzie są podobni. jestem uniwersalistą kulturowym!
Bardzo celna analiza.
Facet, przeszkadza Ci, że np. mam takie widzimisie i nie wpuszczam Cyganów do swojego domu? To w końcu mój dom, więc chyba mam prawo doń wpuszczać (bądź też nie) kogo mi się żywnie podoba. To samo z restauracją.
Jeśli wypraszasz z knajpy osobników "pod wpływem alkoholu" - jest to zupełnie zrozumiałe (i dobrze przyjęte; nie wszędzie umieją sobie poradzić). Jeśli wpuszczasz tylko mężczyzn w krawatach - coż, knajpa elegancka lub lubiąca za takową uchodzić. Jeśli wpuszczasz tylko ludzi, którzy mają na sobie coś zielonego (apaszkę/krawat/spodnie, łotewa) - ok, dziwoląg z ciebie, w sumie fajna zabawa. Ale wygląd/rasa/religia/płeć/itd. to nie jest brak zielonych kolczyków. Jak ktoś nie wpuszcza do knajpy Roma, bo jest Romem, to niech wsiada w wehikuł czasu i ucieka w inne czasy i inną kulturę, a nie się dziwi, że tutaj zostanie uznany przez wielu za socjopatę, głupka lub buca.
Blednie Terlikowskiego, atakuje "naszą sprawę"
http://www.fronda.pl/news/czytaj/terlikowski_homolobbysci_w_natarciu
Abiekt popłynał.
Dobrze Wojtku że zauważasz takie sprawy, problem w tym ze analiza dyskursu to broń obosieczna (ja przynajmniej na nią uważam, bo łatwo można popłynąć). Nie mam zamiaru kwestionować, problemu jaki starasz się nakreślić powyższymi uwagami, ale rzecz wciąż pozostaje niepomiernie skomplikowana. O wiele bardziej niżby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Trzeba by rzeczowo uwzględnić, punkt po punkcie, takie czynniki jak prawny kontekst sytuacji (kwestie administracyjne + przepisy imigracyjne przed przystąpieniem do UE i po; w tym zmiana prerogatyw Straży Granicznej), społecznie konstruowane wyznaczniki przynależności narodowej (to znaczy zbiorowe wyobrażenia kto jest Polakiem, a kto nie, i dlaczego + wszystko to co się mieści pod naukowym, nie potocznym, rozumieniem stereotypu), dyskurs medialny, a wreszcie - najważniejsze w tym wszystkim - subiektywne poczucie przynależności, związane z procesem asymilacji. Koniec końców problem sprowadza się do kwestii uznania przez imigrantów prawideł kultury dominującej, która jest też kulturą społeczności goszczącej. W rozróżnieniach poszedłbym o krok dalej, uznając przynależności narodowe (Polak - Mongoł) za poziom oficjalny, administracyjny, taki dla papierków formalnych, które jednak są bardzo ważne; z drugiej strony popatrzyłbym na sprawę przez pryzmat kategorii grup etnicznych, co na przykład pozwoliłoby zauważyć, mimo czyjegokolwiek widzimisię, że Polska jest nie tylko państwem narodowym, ale po II Wojnie Światowej państwem w zdecydowanej mierze homogenicznym etnicznie. W tym nie ma rasizmu. On się zaczyna na poziomie potocznym, gdy się miesza te dwa porządki. W etnologii - a jestem etnologiem - przykłada się wagę do deklaracji subiektywnego poczucia przynależności, o którym nie wolno zapominać w wypadku Polskiej rodziny mongolskiego pochodzenia. Ale żeby się o tym przekonać trzeba by tych ludzi popytać, porozmawiać, a nie czepiać się pojedynczych zdań, wyszarpanych z gazety. Czuję, że niezbyt jasno rzecz przedstawiłem, ale byłbym daleki od snucia przypuszczeń co do "chęci wpisania się w pewien ogólnie akceptowany model Polaka", a przez to podważania ich przynależności (różnica między Mongołami a Romami, polega również na sposobie funkcjonowania w obrębie zastanej społeczności lokalnej, współpracy z nią czy odcinaniu od niej), choćby przez "odnoszenie wrażenia". Skoro chcesz przenieść ten mechanizm na kwestię pozyskiwania praw przez "inne rodziny" (bo niby od czego ten mongolski student-gej, i dlaczego akurat student?), to powinieneś pamiętać, że ciągle będą to zagadnienia z różnych płaszczyzn. A porównywanie jednego z drugim tak nie działa. T.
Anonim - to jest blog a nie czasopismo kulturoznawcze. Proszę zwrócić na to czasem uwagę opiniując moje teksty :)
btw - "kwestii uznania przez imigrantów prawideł kultury dominującej, która jest też kulturą społeczności goszczącej" - przyznaje, że to właśnie mnie wnerwia. Tzn. jakich prawideł?
Odpowiadając.
Bynajmniej pamiętam, że to blog i aż tylko blog. A posądzanie go o bycie czasopismem kulturoznawczym nawet by mi przez myśl nie przeszło, bo o kulturoznawstwie nie mam najlepszego zdania.
Starałem się jedynie, w sposób możliwie wyważony (to znaczy dzielący włos na czworo z każdej możliwej strony) wyrażać na temat, co tu dużo kryć - zawikłany. Który, jak słusznie zauważył autor bloga, wydaje się niezauważalny, przejrzysty. Moim zdaniem problem w tym, że nie sposób znaleźć aż tak prostego przełożenia "bycia zrobionym w Polaka" z sytuacji opisanych w prasie na sytuacje gdzie zabiega się o zaakceptowanie "innych modeli". To wciąż dwie różne rzeczy.
Odnośnie kultury dominującej, jest się na co zżymać, tym bardziej, że ciężko powiedzieć czym ona jest. To wychodzi w kontekście, w głupich sytuacjach, różnicach obyczajowych. Niech będzie to poczucie bycia lekceważonym gdy ktoś z kimś rozmawia ostentacyjne żując gumę, albo nie zdjąwszy czapki wchodząc do urzędu/kościoła/cudzego mieszkania/sali wykładowej. A co z ustępowaniem miejsca starszym osobom w autobusie albo tramwaju? Niby takie oczywiste reguły grzeczności, ale pokazujące różnice między kulturami. Przykłady można mnożyć, tylko po co? T.
Nie pytałem o ocenę moralną, czy tam etyczną, a o to, czy właściciel ma prawo nie wpuścić Cygana.
Nawiasem mówiąc, wcale nie jest powiedziane, że to jest nierozsądne działanie. W mojej rodzinnej miejscowości Cyganów (jeśli pojawili się w pobliżu) istotnie nie wpuszczano, bo w niewyjaśnionych okolicznościach niektóre rzeczy wówczas ginęły...
T. - ale to dzięki prasie ci państwo zostali dostrzeżeni i swój przekaz robią pod prasę. Sam mam (nie)przyjemność od roku takie rzeczy robić i wiem, że inaczej powiem gazecie a co innego prywatnie.
Czapek nie noszę, więc tego problemu nie mam i nie ustępuję miejsca w autobusie - dla mnie to poniża osoby starsze.
Anonim - nie ma prawa. Jest to dyskryminacja w zakresie usług.
offtopicznie: @ Wojtek, czemu ustępowanie miejsca w autobusie miałoby poniżać osoby starsze? Przecież nie ustępuje się miejsca, aby okazać łaskę (aka władza), tylko dlatego, że statystycznie rzecz biorąc, pani lat 70 czy 80 trudniej jest stać w tym zapchanym autobusie niż dzieciakowi lat 20 czy 30. (Z cyklu refleksje nt. Równość vs. Praktyka).
Czyli nie mam prawa nie wpuścić kogo chcę do domu (a o to pytałem)?! Heh, niezłe masz pomysły, muszę powiedzieć. ;)
Otóż nie. Prawo własności mówi także, że we własność nikt nie powinien się obcy wpieprzać. Właściciel (wbrew pozorom) nikomu takim rozporządzeniem nie szkodzi, zatem takie rozporządzenie, jako dotyczące własności, powinno być jak najbardziej dopuszczalne.
Anonim - dom to nie restauracja, a "usługi świadczone publicznie". Dyrektywa 2000/43/WE mówi:
"W celu zapewnienia rozwoju demokratycznych i tolerancyjnych społeczeństw, umożliwiających uczestnictwo wszystkich osób, bez względu na pochodzenie rasowe lub etniczne, szczególna akcja dotycząca dyskryminacji ze względu na pochodzenie rasowe lub etniczne musi wykraczać poza działalność zarobkową oraz niezarobkową i powinna objąć takie dziedziny, jak edukacja, opieka społeczna włącznie z bezpieczeństwem socjalnym i opieką zdrowotną, ułatwieniami społecznymi, dostępem do dóbr i usług oraz ich dostarczaniem."
Art 6 naszej ustawy antydyskryminacyjnej (weszła w życie 1 stycznia):
"Zakazuje się nierównego traktowania osób fizycznych ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne lub narodowość w zakresie dostępu i warunków korzystania z zabezpieczenia społecznego, usług, w tym usług mieszkaniowych, rzeczy oraz nabywania praw lub energii, jeżeli są one oferowane publicznie."
VN - jak poproszę to się ustępuje, jak nie to a priori zakładamy, że osoba X jest na tyle słaba, że nie wytrzyma przejazdu na stojąco. To podobnie jak z zakladaniem, że każdy starszy to "babcia" i "dziadek".
@ Wojtek, musimy mnósto rzeczy zakładać a priori; nie chodziło mi o ustępowanie miejsca 40-latkowi, a raczej "osobie starszej" w takim potocznym tego słowa znaczeniu (a nie, że starsza ode mnie, w sensie, że ma np. 25 lat). I nie, to nie jest tak, że pani lat 60 nie wytrzyma przejazdu na stojąco, ale że mi, lat 20, jest prawdopodobnie łatwiej stać niż jej i to jest po prostu taka mikropomoc, aby było w tym autobusie choć trochę przyjemniej. Poza tym nadal nie rozumiem tego "braku szacunku". Władza jest fajna: fajnie było zaglądać do szuflady nauczyciela, sprawdzać oceny klasówek i potem nie mówić nikomu, że się już wszystko wie. Fajnie było reżyserować teatrzyki szkolne i mówić kolegom, co mają robić. Lubię ten rodzaj satysfakcji i nie uważam go za nic wstydliwego. Tyle że nigdy jej nie czułam, ustępując miejsca "osobie starszej". (Jezuniu, co za smutaśny offtop :D)
Z tym ustępowaniem miejsca, bywa bardzo różnie i właściwie nie dziwi mnie to co napisał Abiekt, kilka razy spotkała mnie niemiła sytuacja, kiedy ustępując miejsca, ten ktoś nie skorzystał a i nawet nawymyślał, i tak zostaje puste miejsce na którym już nikt nie chce usiąść, a ja czuję się się jak jakaś ostatnia idiotka. Tamte sytuacje nauczyły mnie tego, że teraz nie ustępuję, chyba że ktoś mnie o to poprosi.
W dupie mam wasze dyrektywy, mnie interesuje Prawo. Tu GazWyb chce w sposób zupełnie jawny naruszać Prawo Własności - zasadę zupełnie podstawową dla naszej cywilizacji.
To, że jakieś głupawe dyrektywy robione przez podobnych jak Ty wariatów (doprawdy, nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć - być może przez ten natłok tzw. "humanizmu" nie umiecie normalnie, ściśle rozumować, co?) godzą w prawo własności, jest mi wiadome. Chcę natomiast po prostu powiedzieć, że nie ma żadnych opartych na wartości naszego świata argumentów, które by tej praktyki mogły zabronić. Paniał?
Dla Prawa Własności natomiast jest KOMPLETNIE OBOJĘTNE, czy coś jest Twoim domem, czy restauracją. Rozumiesz już, czy faktycznie jesteś kolejnym "humanistą", który tak o sobie mówi dlatego, że nie potrafi rozumować ściśle (czyt. normalnie)?
anonimowy, ty sobie możesz mieć w dupie co chcesz, a prawo jest prawem i trzeba je przestrzegać.
K.
Ależ ja pytałem o słuszność takiego prawa, rozumiesz, czy jeszcze nie zdołałeś tego pojąć?
pisałeś - "Nie pytałem o ocenę moralną, czy tam etyczną, a o to, czy właściciel ma prawo nie wpuścić Cygana" - zdecyduj się.
To prawo jest słuszne. Koniec dyskusji z mojej strony.
@ Anonimowy
Widzisz, ty wierzysz, że Prawo Własności jest najważniejsze (btw, traktujesz je jako normę moralną, wbrew własnym wcześniejszym deklaracjom), inni, że nie.
Musisz zaakceptować, że wyznajesz pogląd dzikich.
No tak, ale nie trzeba być ani Mongołem, ani Romem by czuć się obco we własnym kraju. Po ostatnich wypowiedziach polityków w sprawie domniemanej "furtki" dla związków partnerskich, czuję się trochę jakbym była narodowości homoseksualnej.
No i oczywiście żeby zasługiwać na miano Polaka, trzeba być świętszym niż sam papież. To takie kretyńskie, że nie można nikogo zaakceptować takim, jakim jest w rzeczywistości, tylko dopiero wtedy, gdy jest "normalny", "taki sam jak my" i "zwyczajny".
Prześlij komentarz