Lektury
2
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekt czyta | Opublikowano wtorek, 30 listopada 2010
Czasem trzeba prywatnie, w końcu blog od tego być powinien. Oczywiście nienawidzę tej funkcji blogów i w zasadzie jej unikam, jednak czasem trzeba. To był trudny weekend - emocjonalnie i fizycznie. Najgorzej jest, gdy kilka historii zbiega się w jednym momencie. I gdy historie te stawiają przed człowiekiem pytania o to co będzie dalej. Był taki czas w tym roku, gdzie wydawało się, że wszystko idzie do przodu. Nadmiar słodkości powoduje gorycz. Teraz będzie wszystko mniejszymi kroczkami.
Ok tyle prywaty - osoby, które mają to zrozumieć, będą wiedzieć o co kaman, a inni i inne - tym razem z innej beczki. Książki. Zakup chleba wydaje się być łatwiejszy od zakupu książki. Zwłaszcza ładnie wydanej. Dlatego na półkach stoi np. Flaubert, którego od momentu zakupu nie zamierzałem przeczytać. Oczywiście jako miłośnik słowa pisanego zbieram książki "na bezludną wyspę". Na szczęście (?) przymusowa podróż na takową mi nie grozi póki co, więc łudzę się, że kiedyś pojadę na wakacje obładowany literaturą i to wszystko przeczytam. Marzenie to zaznacza swój ślad na wyciągach bankowych i kolejnych półkach (regał Billy, Ikea). Na szczęście jest grupa książek, które czytane są od razu i bez chwili wahania. Reportaże i biografie. Autobiografie już rzadziej, powieści - wyjątkowo. Gdy uda się wniknąć w jakąś rzeczywistość (choć czasem warto uznać, że ona nie istnieje i poczytać coś z fikcją w tle), zwłaszcza bolesną i wypieraną, znaczy, że był to udany zakup. Choć... czy zakup książki może być nieudanym wydatkiem? Najwyżej nieuzasadnionym. Ale uzasadnienia do ich zakupu znajdują się bardzo łatwo. Wróćmy jednak do książek przeczytanych.
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety stwierdza już w tytule Swietłana Aleksijewicz, a raczej jedna z dziesiątek bohaterek jej reportażu, w którym zbiera wypowiedzi kobiet walczących na frontach II wojny światowej. Syzyfowa praca zarchiwizowania wypowiedzi tych, które były na wojnie, choć "wielka historia" o nich nie wspomina przynosi nie tylko wiedzę, ale i kawał niesamowitej literatury. Co prawda książka pisana była w latach 80-tych, więc mało w niej mówienia o seksualności (to w końcu teraz stało się popularne), ale już samo mówienie o tym, że kobiety walczyły na wojnie, że wojna była stworzona dla mężczyzn a one musiały w jakimś stopniu się podporządkować jednocześnie stawiając granice, dzięki którym dalej były kobietami (zrywanie kwiatów pod obstrzałem? pierwsze tygodnie na wojnie w damskim obuwiu?), jest rewolucyjne. Aleksijewicz skupia się też na "siostrzeństwie" - matki idące na wojnę oddają swoje dzieci swoim babkom, siostrom, sąsiadką; spotykają się w żeńskim gronie by świętować Dzień Zwycięstwa; najpierw wspominają odkrywane po wojnie siwe włosy u matek niż u ojców, dostrzegają pojedyncze kobiety w wojennym tłumie i to ich imiona wspominają. Mężczyźni częściej są bezimienni, choć nie traktowani jak masa. Fascynujący zapis przeżyć i traumy. Uwaga techniczna - czyta się wolno, bardzo niespiesznie. Mnie to drażni przeważnie, ale tutaj to pochwała.
Oczywiście nie mogłem uniknąć nabycie najnowszego reportażu, a może raczej autobiografii, Wojciecha Tochmana. Poprzednie książki połykałem już w trakcie wracania z księgarni. Tym razem "przyszło samo", więc na chwilę zostało odłożone na półkę. Żałuję, że dopiero teraz przeczytałem. Tochman jedzie do Rwandy i rekonstruuje ludobójstwo na przykładzie kilku osób. Pierwsza część trochę bez nerwu - faktograficzna, raczej, kto, gdzie i jak niż dlaczego. Druga już bardzo osobista. Tochman rekonstruuje m.in. sytuację polskich misjonarzy, którzy byli obecni na jednym z miejsc kaźni. I tu powstaje arcydzieło dialogu między faktami, wypowiedziami (lub ich brakiem), a samym autorem. Szczegółów nie ma potrzeby opisywać. Gdy za kilkadziesiąt lat obok edycji dzieł Kapuścińskiego będzie można postawić na półce spójną graficznie kolekcję dzieł Tochmana, myślę, że pytania będziemy zadawać, nie o opisywane fakty, ale co sprawia, że mierzy się z takimi tematami w taki właśnie sposób. Jako uzupełnienie trzeba też dodać, że warto przed lekturą Dzisiaj narysujemy śmierć sięgnąć po Strategię antylop Jeana Hatzfelda.
Agata Tuszyńska nie zawodzi i w książce o Wierze Gran miksuje fakty biograficzne z opisem doświadczenia obcowania z chorą psychicznie piosenkarką. Dzieło mocne, choć mnie bardziej przyciągnęły fakty biograficzne. Niestety trochę straconą szansą jest pierwsza poważna biografia Kaliny Jędrusik. Niby wszystko na swoim miejscu, ale czuć hagiografię. Gdyby chcieć poznać losy artystyczne PRL w perspektywie tej książki to wyjdzie, że była Kalina i dalej w otchłani inne postaci. Głośno było też o dziennikach Mrożka, których niestety nie udało mi się przeczytać. Prywatne przemyślenia o świecie są ciekawe w wydaniu Waltera Benjamina - tutaj nie.
Tyle o najnowszych lekturach. Chyba trzeba będzie częściej. Na koniec muzyczna impresja.
Ok tyle prywaty - osoby, które mają to zrozumieć, będą wiedzieć o co kaman, a inni i inne - tym razem z innej beczki. Książki. Zakup chleba wydaje się być łatwiejszy od zakupu książki. Zwłaszcza ładnie wydanej. Dlatego na półkach stoi np. Flaubert, którego od momentu zakupu nie zamierzałem przeczytać. Oczywiście jako miłośnik słowa pisanego zbieram książki "na bezludną wyspę". Na szczęście (?) przymusowa podróż na takową mi nie grozi póki co, więc łudzę się, że kiedyś pojadę na wakacje obładowany literaturą i to wszystko przeczytam. Marzenie to zaznacza swój ślad na wyciągach bankowych i kolejnych półkach (regał Billy, Ikea). Na szczęście jest grupa książek, które czytane są od razu i bez chwili wahania. Reportaże i biografie. Autobiografie już rzadziej, powieści - wyjątkowo. Gdy uda się wniknąć w jakąś rzeczywistość (choć czasem warto uznać, że ona nie istnieje i poczytać coś z fikcją w tle), zwłaszcza bolesną i wypieraną, znaczy, że był to udany zakup. Choć... czy zakup książki może być nieudanym wydatkiem? Najwyżej nieuzasadnionym. Ale uzasadnienia do ich zakupu znajdują się bardzo łatwo. Wróćmy jednak do książek przeczytanych.
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety stwierdza już w tytule Swietłana Aleksijewicz, a raczej jedna z dziesiątek bohaterek jej reportażu, w którym zbiera wypowiedzi kobiet walczących na frontach II wojny światowej. Syzyfowa praca zarchiwizowania wypowiedzi tych, które były na wojnie, choć "wielka historia" o nich nie wspomina przynosi nie tylko wiedzę, ale i kawał niesamowitej literatury. Co prawda książka pisana była w latach 80-tych, więc mało w niej mówienia o seksualności (to w końcu teraz stało się popularne), ale już samo mówienie o tym, że kobiety walczyły na wojnie, że wojna była stworzona dla mężczyzn a one musiały w jakimś stopniu się podporządkować jednocześnie stawiając granice, dzięki którym dalej były kobietami (zrywanie kwiatów pod obstrzałem? pierwsze tygodnie na wojnie w damskim obuwiu?), jest rewolucyjne. Aleksijewicz skupia się też na "siostrzeństwie" - matki idące na wojnę oddają swoje dzieci swoim babkom, siostrom, sąsiadką; spotykają się w żeńskim gronie by świętować Dzień Zwycięstwa; najpierw wspominają odkrywane po wojnie siwe włosy u matek niż u ojców, dostrzegają pojedyncze kobiety w wojennym tłumie i to ich imiona wspominają. Mężczyźni częściej są bezimienni, choć nie traktowani jak masa. Fascynujący zapis przeżyć i traumy. Uwaga techniczna - czyta się wolno, bardzo niespiesznie. Mnie to drażni przeważnie, ale tutaj to pochwała.
Oczywiście nie mogłem uniknąć nabycie najnowszego reportażu, a może raczej autobiografii, Wojciecha Tochmana. Poprzednie książki połykałem już w trakcie wracania z księgarni. Tym razem "przyszło samo", więc na chwilę zostało odłożone na półkę. Żałuję, że dopiero teraz przeczytałem. Tochman jedzie do Rwandy i rekonstruuje ludobójstwo na przykładzie kilku osób. Pierwsza część trochę bez nerwu - faktograficzna, raczej, kto, gdzie i jak niż dlaczego. Druga już bardzo osobista. Tochman rekonstruuje m.in. sytuację polskich misjonarzy, którzy byli obecni na jednym z miejsc kaźni. I tu powstaje arcydzieło dialogu między faktami, wypowiedziami (lub ich brakiem), a samym autorem. Szczegółów nie ma potrzeby opisywać. Gdy za kilkadziesiąt lat obok edycji dzieł Kapuścińskiego będzie można postawić na półce spójną graficznie kolekcję dzieł Tochmana, myślę, że pytania będziemy zadawać, nie o opisywane fakty, ale co sprawia, że mierzy się z takimi tematami w taki właśnie sposób. Jako uzupełnienie trzeba też dodać, że warto przed lekturą Dzisiaj narysujemy śmierć sięgnąć po Strategię antylop Jeana Hatzfelda.
Agata Tuszyńska nie zawodzi i w książce o Wierze Gran miksuje fakty biograficzne z opisem doświadczenia obcowania z chorą psychicznie piosenkarką. Dzieło mocne, choć mnie bardziej przyciągnęły fakty biograficzne. Niestety trochę straconą szansą jest pierwsza poważna biografia Kaliny Jędrusik. Niby wszystko na swoim miejscu, ale czuć hagiografię. Gdyby chcieć poznać losy artystyczne PRL w perspektywie tej książki to wyjdzie, że była Kalina i dalej w otchłani inne postaci. Głośno było też o dziennikach Mrożka, których niestety nie udało mi się przeczytać. Prywatne przemyślenia o świecie są ciekawe w wydaniu Waltera Benjamina - tutaj nie.
Tyle o najnowszych lekturach. Chyba trzeba będzie częściej. Na koniec muzyczna impresja.
Zaproszenie
0
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki | Opublikowano niedziela, 28 listopada 2010
Dyskusja poświęcona problematyce (nie)obecności, (nie)widoczności seksualności w przestrzeni publicznej. Czy polskie/środkowoeuropejskie miasta w równy sposób otwierają swoją przestrzeń dla przedstawicieli (manifestacji) różnych typów seksualności? Marzeń, pragnień, „seksualnych obywatelstw”? Czy i jeżeli tak to na jakich warunkach kwestia (homo)seksualności staje się widoczna w miejskim krajobrazie? Będzie to również okazja by opowiedzieć o różnicach między powstawaniem enklaw swobodnej ekspresji seksualności (gejowskie dzielnice w krajach zachodnich, dzielnice „czerwonych latarń”) a tzw. „queerowaniem” przestrzeni miejskiej. Debatę poprowadzi Maja Sokal socjolożka i doktorantka UJ, zaś panelistami będą: Julie Land – amerykańska artystka od lat mieszkająca w Polsce, Zvonko Dimoski – filolog (UAM), Macedończyk który przybliży nam perspektywę bałkańską, Wojciech Szot - współautor przewodnika „Homo Warszawa” oraz Bartek Lis – socjolog (UWr) zajmujący się problematyką męskości, ciała i seksualności. (03.12, g. 18.00).
O różnicy
8
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekt walczy słowem, Obcy w Internecie, prasa | Opublikowano sobota, 27 listopada 2010
Najciekawszy wydaje się dla mnie spór o "różnicę" między Sikorą a Legierskim:
Legierski: Chodzi mi o to, żeby to gejostwo wymazać, żeby ktoś, kto patrzy na mnie, nie widział we mnie natychmiast pedała, żeby to było bez znaczenia!
Sikora: Uważam, że różnicę należy podkreślać, przeciwdziałając jednocześnie mechanizmom, które z różnicy czynią powód do wykluczenia lub stygmatyzacji.
Unicestwienie kategorii ma swoje plusy, jednak jedną poważną wadę - prowadzi do przezroczystości niezauważania mechanizmów wykluczenia. Bez podkreślania różnicy dyskryminacja nie będzie widoczna. Ciekawy jest też brak konsekwencji:
Legierski (w Stołku): Niemniej miło mi, że jako pierwszy otwarty gej zostałem wybrany na funkcję publiczną w Polsce.
Zatem jednak ma znaczenie, bo gdyby nie miało to nie byłoby to powodem do dyskusji. Marzenie o tym, że ludzie nie będą widzieć różnicy jest utopijne. Ważne, żeby widząc różnicę nie oceniali jej w kategoriach dobro-zło, bo wtedy prowadzi to do dyskryminacji. No i nie po to tyle lat walczymy o widoczność by teraz zacząć walczyć o unifikację.
W komentarzu pod arykułem pojawia się też ciekawy głos - Jego orientacja seksualna nie ma tu nic do rzeczy i w jego pracy w radzie nie powinna odgrywać decydującej roli, za wyjątkiem sytuacji nadzwyczajnych. Niestety trzeba też popatrzyć szerzej - Legierski stał się w jakimś stopniu przedstawicielem "nasz wszystkich" - jako jedyny egzemplarz geja piastuje taką funkcję. To oczywiście nie powinno mieć miejsca, ale by tak się stało potrzeba nas więcej na takich stanowiskach. Wtedy ludzie zobaczą, że różnimy się opiniami, przez co... jesteśmy jak inni. Prawdziwą miarą rozwoju sytuacji osób LGBTQ i zmian w środowisku jest widzialność jego zróżnicowania. W Polsce jednak nie mamy jawnych gejów z prawicy czy nawet centrum. Przez co tworzy się stereotyp, że wszyscy mamy podobne poglądy. A przecież bycie prawicowym gejem nie oznacza wcale akceptacji dla homofobicznych zachowań. Podobnie jest z dyskusją o wierzących gejach i lesbijkach. To większość naszego środowiska, najbardziej narażona jednak na stygmatyzację. Musimy pokazać różnicę wewnętrzną, pytanie kiedy to się stanie?
Pixar
2
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Obcy w Internecie, Reklamy LGBT | Opublikowano piątek, 26 listopada 2010
To nie wymaga zasadniczo komentarza.
Happy Thanksgiving!
0
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Obcy w Internecie, wydarzenia | Opublikowano
Pocieszając się, że inni mają gorzej, w Sankt Petersburgu odbyła się pierwsza w historii Rosji legalna maifestacja pro-homicza.
Gdyby wybierać zbiorowego bohatera wyobraźni roku 2010 to są nim z pewnością LGBT-dzieciaki. Nigdy jeszcze się tyle nie mówiło o przemocy wobec młodych osób z całego świata. Niestety jest jeden warunek by o nich mówić - muszą być ujawnieni w szkołach, na podwórkach. Dlatego w Polsce jest to problem nie tylko nie widoczny, ale jednak dość marginalny. Po prostu u nas coming-outy zdarzają się dopiero w liceach, a i to dla dość ograniczonego audytorium. Warto mówić jednak nie tylko o ofiarach, ale i młodszych od nas człekokształtnych, którzy są inni, nie boją się o tym mówić i są dobrze traktowani przez otoczenie. Pozytywne przykłady też są jednak ważne:
A na koniec wszystkich czytającym bloga zza oceanu Happy Thanksgiving!
Kilka spraw
1
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, Obcy w Internecie, Reklamy LGBT, wydarzenia | Opublikowano czwartek, 25 listopada 2010
Odbyło się spotkanie organizacji LGBT z Ruchem Poparcia Palikota. Marudziłem, że w Galerii (klub), bo to jednak sprowadzanie nas do pewnego schematu, z którym jako działacze/działaczki niekoniecznie chcemy być utożsamiani, ale klub sprostał zadaniu i widać było, że potraktował sprawę prestiżowo. A samo spotkanie? Obecni byli - Palikot i osoby z Ruchu, a od "nas" Lambda, KPH, Trans-Fuzja, Fundacja Równości i Tel-Aviv w mojej skromne osóbce.
RPP faktycznie jest zainteresowane tematem związków partnerskich, jednak jak po raz kolejny słyszę, że ktoś chce by stał się to temat kampanii wyborczej to mam mieszane uczucia. Z jednej strony super - znowu będzie głośno, z drugiej - gdyby partie deklarowały - "zdobędziemy x miejsc w parlamencie i wtedy ruszymy z ustawą" brzmiało by to bardziej wiarygodnie. Lepiej mieć 4 lata na walkę o ustawę niż kilka miesięcy do wyborów. Zwłaszcza, gdyby doprowadzono do zbierania 100 tysięcy podpisów, za czym ja najbardziej optuję. Nota bene - RPP ten pomysł też się wydaje najbliższy. Z jednej strony happening przez trzy miesiące, z drugiej - prawdziwy sprawdzian popularności tematu. Gdyby się udało politycy mają szansę zobaczyć, że jest to temat za którym stoi realny elektorat, a nie małe grupki działaczy i działaczek.
Na IS Mariusz Kurc gawędzi z Robertem Biedroniem:
Zadaniem policji nie jest pomaganie demonstrantom w realizacji ich celu – czyli umożliwienie za wszelką cenę przejścia wyznaczoną trasą.
Po raz kolejny zwracam uwagę na całkowity brak konsekwencji. Gdy policja usuwa "prawdziwych Polaków" wystających przed naszymi marszami to jakoś nie martwimy się tym, że ktoś nam pomógł właśnie przejść. Nota bene - policja ma obowiązek pomóc w realizacji celu - mówi o tym w pewnym stopniu kodeks wykroczeń: Kto przeszkadza lub usiłuje przeszkodzić w organizowaniu lub w przebiegu nie zakazanego zgromadzenia (...) podlega karze aresztu do dwóch tygodni, karze ograniczenia wolności do dwóch miesięcy albo karze grzywny. Ustawodawca zatem wskazuje, że każda manifestacja powinna osiągnąć swój cel, w szczegółowym rozporządzeniu nie ma nawet nic na temat zmiany trasy, tylko o obowiązku (dla policji) zabezpieczeniu zgłoszonego planu przemarszu. Nie jestem miłośnikiem takich manifestacji jak ta, która dotarła pod Dmowskiego, ale sami walczymy o równość w prawie i może lepiej się skupić teraz na propozycji zmian w prawie, które nie pozwolą na takie manifestacje. Choć nie wiem czy jest to możliwe.
Na koniec - Whoopi:
LGBTQ do samorządów - mało hałasu o jeden mandat?
5
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano środa, 24 listopada 2010
Rada Miasta Warszawy
Mokotów - nr jeden na liście SLD - Krystian Legierski - 5279 głosy (najlepszy wynik na liście), SLD ma w dzielnicy 19,15% głosów, zatem dwa mandaty dla partii. Drugi mandat dla Alicji Tysiąc. Krystianowi gratuluję, zwłaszcza, że był to drugi wynik dla SLD w Warszawie.
Praga Południe - 11 na liście SLD - Tomasz Szypuła - 163 głosy. To niestety najgorszy wynik na liście w dzielnicy. Może za cztery lata czas pomyśleć o przeprowadzce?
Targówek - Wiktor Dynarski, 14 miejsce na liście SLD - 47 głosów. Wynik - cóż - bardzo słaby. Najgorszy na liście (dwukrotnie gorszy od przedostatniego), nie wiem czemu nie było żadnego szumu wokół pierwszego trans-kandydata? Trochę stracona szansa na mówienie o obecności osób trans. A może ja zbyt wymagający jestem?
Rada Dzielnicy Mokotów
28 mandatów do podziału. W okręgu pierwszym - 6 mandatów. Tu startował Bartek Kozek. Mimo drugiego miejsca na liście - dopiero piąty wynik (196 głosów). Szkoda, bo kandydat merytorycznie świetny. W okręgu czwartym (7 mandatów) startowała Yga Kostrzewa, 4 miejsce na liście i czwarty wynik (496 głosów). Bardzo dobry start przy tak słabej promocji. Moim zdaniem najbardziej optymistyczny wynik :)
Rada Miasta Olsztyn
Damian Chodorek - Komitet Wyborczy Wyborców Zielony Olsztyn - Młodzi Socjaliści - zaledwie 1,3 procent głosów na listę. Kandydat zdobył 19 głosów. Chyba czytając to przywykniecie do takich liczb.
Rada Miasta Jelenia-Góra
Paweł Drewniak - SLD - przedostatni wynik na liście (84 głosy).
Rada Miasta Łódź
Adam Jarecki - PO (jedyny jawny homik w tej partii!) - 198 głosów, trzecie od końca miejsce na liście.
Rada Miasta Lublin
Tomasz Kitliński - Lista Sierakowskiej - 93 głosy, drugi na liście. Wynik słaby jak na sygnały o zaangażowaniu kandydata w życie miejskie.
Rada Miasta Włocławek
Marcin Matuszewski - KW Wyborców Socjaliści dla Włocławka - 12 głosów. Lista uzyskała jedynie 0,8 procent poparcia. Znowu głosowało kilku znajomych. Mnie fascynuje po co ludzie startują przy takich szansach. Doceniam, ale nie chciałbym w czymś takim uczestniczyć.
Rada Miasta Szczecin
Daniel Michalski - lista SLD, popierany przez Partię Kobiet - 92 głosy. Bardzo słaby wynik na liście, która jednak zdobyła jedno miejsce w radzie.
Rada Miasta Gdyni
Izabela Filipiak - lista SLD - 80 głosów, piąty wynik na liście. SLD bardzo słabo wypadło w Gdyni, tylko 8,75 procent głosów do tej pory.
Warto popatrzyć na kandydatów i kandydatki w kontekście procentów głosów, które uzyskali.
Legierski - 6,19
Kostrzewa - 2,54
Kozek - 1,19
Drewniak - 1,15
Jarecki - 1,12
Kitliński - 0,52
Michalski - 0,51
Filipiak - 0,43
Szypuła - 0,25
Matuszewski - 0,14
Chodorek - 0,13
Dynarski - 0,06
Od razu widać, że jedynie dwie osoby przyciągnęły wyborców. Sam głosowałem na jedną z nich :) Martwi mnie prawie całkowity brak zainteresowania tematem homo i trans kandydatów w prasie, nawet tej homiczej. Jednak nie ukrywajmy - "nasze" portale w ogóle są bardzo słabe jeśli chodzi o reagowanie na rzeczywistość, a dla "heteryckich" mediów piersi Sary M. były bardziej interesujące od tego kto z kim śpi.
Ciągle też nie potrafię zrozumieć startu kilku osób na tej liście. Zgoda na bycie paprotką/elementem upiększającym zbiór kandydatów i kandydatek... Ale o tym później.
"Nasi" startowali głównie z list SLD, najczęściej popierani przez Zielonych 2004. Ta partia jest mi bliska w części idei (w części odległa jak Galapagos), zatem podsumujmy start Zielonych w Warszawie. Na listach do Rady Miasta trzech działaczy LGBT, łącznie dwanaście osób na liście do Rady Miasta miało dopisane "popierany przez Zielonych 2004". Jedynką na Mokotowie był Krystian Legierski, na Pradze Północ i Białołęce dwójką była Agnieszka Grzybek. Najlepszy wynik uzyskał Krystian Legierski - 5279 głosy, Grzybek spadła z dwójki na trzecią pozycję - 942 głosy.
Po raz pierwszy w historii Zieloni mają... radnego miejskiego. To się jeszcze nie wydarzyło. I tu trzeba pogratulować im mariażu z SLD - bez tego byłoby to niemożliwe. Jednocześnie... na listę SLD oddano w Warszawie 98613 głosów, kandydowało 109 osób. Zatem średnio na 12 Zielonych powinno przypaść 10856 głosów, przypadło 9185, w tym aż 57 procent to głosy na Legierskiego. Statystykę wprowadzam po to by pokazać, że gdyby nie on to Zieloni w zasadzie odnieśli w stolicy kolejną porażkę. To przykre, bo przydałaby nam się zielona partia w mieście. Jedna sprawa to brak kasy, druga to fakt, że Zieloni nie potrafią się ciągle przebić do świadomości ludzi. Za bardzo może działacze i działaczki są kojarzone z własnymi inicjatywami, a za mało z partią ekspercką. Gdy mówi się w prasie stołecznej o ekologii to rzadko pojawiają się przy tym nazwisko startujących osób. A na ekologii chyba najwięcej można ugrać - o żłobkach mówią wszyscy. Kozek na blogu wspomina coś o zielonej rewolucji. Fakt - poza Warszawą wydarzyły się ciekawe rzeczy. Tkacz-Janik w sejmiku śląskim, Ewa Koś w zachodnio-pomorskim. Niestety w stolicy jako zespół zaprezentowali się poniżej oczekiwań. Jednak nie ma się co łudzić - gdyby nie wysokie miejsca na listach SLD to Zieloni by nie istnieli w tych wyborach.
Dzięki mariażowi z SLD mamy pierwszego jawnego geja-radnego. Polski Milk? Po części - może trzeba jednak pamiętać, że w wyborach do San Francisco Board of Supervisors cały dystrykt wybiera tylko jednego przedstawiciela (przed reformą była to olbrzymia liczba osób), a inna sprawa, że od czasu filmu o Milku powstała legenda jakoby był on pierwszą osobą LGBT wybraną na urząd w USA. Wcześniej wybrano dwie lesbijki - Elaine Noble do Massachusetts House of Representatives w 1974 roku i kilka miesięcy wcześniej Kathy Kozachenko w wyborach do Ann Arbor City Council. Niestety historię tworzą nadal mężczyźni i te fakty umknęły wielu osobom. Milk był zatem pierwszym gejem, ale nie pierwszą osobą jawnie homoseksualną wybraną w wyborach powszechnych. Koniec dygresji :)
Wracając do Legierskiego. Gratulacje! Szczerze mówiąc to - w końcu. Pięć lat kandydowania się opłaciło. W 2005 roku w wyborach do Sejmu dostał 935 głosów, samorządowych w 2006 - 698, w 2009 do Parlamentu Europejskiego - 1601. Prawdopodobnie SLD nie stworzy tym razem koalicji z PO w Radzie Miasta, więc Legierskiemu przyjdzie w udziale tworzenie frontu przeciwko HGW i jej zakonowi. Oby skutecznie, bo za 4 lata chciałbym zagłosować na sensowną osobę z drugiej strony z szansami na wygraną.
Innym "naszym" w Zielonych był Bartłomiej Kozek. Najmłodszy, co nie znaczy, że najmniej sensowny - ba! - moim zdaniem najlepszy kandydat Zielonych w tych wyborach. Do tej pory startował do EP w 2009 roku (159 głosów w podkarpackim), teraz słaby wynik na Mokotowie. Ale patrząc jednak na wiek - jeszcze z kilka głosowań i może się uda... uzyskać lepszy numerek na liście. Bo to mnie właśnie najbardziej drażni - od numeru wiele zależy. Stąd po części wynik personalny wyborów jest z góry przesądzony. Niekiedy się udaje z odleglejszego miejsca zdobyć mandat, ale to wyjątkowe przypadki.
Ciekawa jest też sroga porażka Izabeli Filipiak - niestety po latach od dużej popularności Filipiak już nie zdobędzie głosów na nazwisko. Z resztą o tym, że kandyduje dowiedziałem się z komentarza na blogu. To o czymś świadczy.
A teraz do działaczy i działaczki wracając. Łapanka na kandydatów i kandydatki z organizacji - Lambdy, KPH i Trans-Fuzji, w zasadzie nie kojarzonych z Zielonymi, nie była najlepszym pomysłem. Bo nie jest niczym chlubnym zajmowanie ostatniego miejsca na liście SLD gdy jest się szefem największej polskiej organizacji LGBTQ, ani gdy jest się znanym działaczem od literki T. Yga Kostrzewa bez kampanii wyborczej (mój okręg - nie dostałem żadnej ulotki, nie widziałem plakatu, nagle założone konto na FB to nie jest kampania, to jest żart) osiągnęła całkiem niezły wynik. Czytaj - gdyby się postarać to z Kostrzewy byłaby radna. Nie wiem jednak po co dawać nazwisko - znane - by uzyskać taki wynik. Strata czasu i energii. No chyba, że chciało się znajomym pomóc.
Kampania rozgrywała się na Fejsie. Kandydaci i kandydatki pozakładali konta "fanowskie". Fanów niewiele więcej niż głosów. Ale za to można fajne kurioza poczytać, które później człowiek dostaje jako screeny mailami. I tak Tomasz Szypuła na fan pejdżu pisze: "Póki co tu można zobaczyć moje wyniki z 2006 roku. Wtedy było 90 głosów.". Cóż - w tym też wynik nie oszałamia. Dwadzieścia nowych głosów rocznie. To się nie nazywa progres. Yga Kostrzewa założyła konto na chwilę przed wyborami. Zaczęła od ciekawego tekstu: "Zaproście swoich znajomych do polubienia mojego fan page". 107 osób polubiło. W tym 30 to moi znajomi. Yga nie ma konta "personalnego", więc tym trudniej budować fanowskie. Utworzono też kuriozalne wydarzenie "Głosuję na Zielonych w wyborach samorządowych 2010". Tłum wziął udział w liczbie 90 osób. Naśmiewam się z tej promocji, bo nie dość, że nie trafia ona w target (mieszkańcy dzielnic, okręgów), to do tego wkurza (jak zaczęli na zmianę wrzucać programy i spoty to zablokowałem wszystkich), no i ludzie raczej są skłonni popierać cele "non-profit" niż polityczne. Otwartość na nowe formy komunikacji powinna iść w parze z właściwym ich wykorzystaniem. Zarzucanie mnie propozycjami polubienia kolejnych kandydatów czy kandydatek to już jest spam.
O innych kandydatach i kandydatkach pisać mi się nie chce. Fajnie, że ludzie startują, ale jak patrzę i widzę, że większość okupuje ostatnie pozycje, to już miło nie jest. Jednocześnie zgadzam się z twierdzeniem, że głosowanie na kandydata/kandydatkę tylko z powodu jej orientacji seksualnej to głupota. Anka Zet w komentarzu u mnie pisze:
Dla mnie ten argument jest najważniejszy, bo nadal uważam, że sami uchwalimy prawa dla nas wcześniej niż zrobią to heternormatywni...
To też prawda, jednak nadal uważam, że najpierw trzeba oceniać kompetencje, a dopiero później walory dodatkowe. Ja zawsze głosuję patrząc - kolejność nie przypadkowa - na: kompetencje, czy znam dokonania, płeć (kobiety górą), przynależność partyjna, a orientacja jest gdzies na samym dole warunków wyboru. Choć nie ukrywam - gdyby w wyborach prezydenckich pojawił się ktoś od "nas" - to bym w ciemno zagłosował :)
Kończąc ten przydługi tekst - nie ma się czym podniecać, że startują jawni geje, lesbijki czy osoby trans. Wkraczamy w nową dekadę i powinniśmy raczej martwić, że jest ich tak mało. A jeszcze bardziej martwi to, że wszelki dyskurs polityczno-homiczy w Polsce wydaje się możliwy po lewej stronie. Czekać należy na osoby LGBTQ po prawej stronie sceny politycznej. Może wtedy nasz ruch stanie się bardziej demokratyczny, bo póki co panuje jedna wizja (z którą się akurat zgadzam), co nie przyczynia się do pogłębiania refleksji.
Wybory samorządowe - sprawdź "nasze" wyniki
5
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano poniedziałek, 22 listopada 2010
Rada Miasta Warszawy
Mokotów - nr jeden na liście SLD - Krystian Legierski - 2164 głosy (najlepszy wynik na liście), SLD ma w dzielnicy 19,3% głosów, a więc jest szansa na dwa mandaty dla SLD (do podziału jest 8 miejsc). Zapewne dostaną je Legierski i Tysiąc. Przeliczono około 50 procent protokołów.
Praga Południe - 11 na liście SLD - Tomasz Szypuła - 98 głosów (najgorszy wynik na liście). Bez szans na mandat. Przeliczono 90 procent protokołów.
Targówek - Wiktor Dynarski, 14 miejsce na liście SLD - póki co 16 głosów (najgorszy wynik na liście) - bez szans na mandat. 30 procent protokołów przeliczono.
Rada Dzielnicy Mokotów
Jest 28 mandatów do podziału. W okręgu pierwszym - 6 mandatów. Tu startował Bartek Kozek. Mimo drugiego miejsca na liście - dopiero piąty wynik (109 głosów). Bez szans na mandat radnego. W okręgu czwartym (7 mandatów) startowała Yga Kostrzewa, 4 miejsce na liście i czwarty wynik (273 głosy). Bez szans na mandat radnej.
Rada Miasta Olsztyn
Damian Chodorek - Komitet Wyborczy Wyborców Zielony Olsztyn - Młodzi Socjaliści - zaledwie 0,69 procent głosów na listę, więc bez szans na mandat. Kandydat póki co zdobył... 19 głosów.
Rada Miasta Jelenia-Góra
Paweł Drewniak - SLD - przedostatni wynik na liście (84 głosy), bez szans na mandat.
Rada Miasta Łódź
Adam Jarecki - PO (sic!) - 198 głosów, trzecie od końca miejsce na liście, bez szans na mandat.
Rada Miasta Lublin
Tomasz Kitliński - Lista Sierakowskiej - 93 głosy, drugi na liście. Lista uzyskała w okręgu 8 procent poparcia, ma minimalne szansę na jeden mandat. Kolejny kandydat więc odpada.
Rada Miasta Włocławek
Marcin Matuszewski - KW Wyborców Socjaliści dla Włocławka - 12 głosów. Lista uzyskała jedynie 0,8 procent poparcia. Bez szans na mandat.
Rada Miasta Szczecin
Daniel Michalski - lista SLD - 92 głosy, bez szans na mandat.
UPDATE: Rada Miasta Gdyni
Izabela Filipiak - lista SLD - 80 głosów, piąty wynik na liście. SLD bardzo słabo wypadło w Gdyni, tylko 8,75 procent głosów do tej pory.
Ostateczne wyniki w środę, więc do tej pory wstrzymuję się z komentarzami, czego wam nie zabraniam :)
Protesty sobotnie
3
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, wydarzenia | Opublikowano sobota, 20 listopada 2010
Śmierć jak podatki – jest nieuchronna. Gdy umiera ktoś nam bliski, kogo kochamy od lat, chcemy zadbać o to by z godnością go pożegnać. To trudna sytuacja. Dla osób żyjących w związkach homoseksualnych tym trudniejsza, że zakład pogrzebowy lub kostnica nie wyda nam zwłok osoby którą – nadal przecież – kochamy. Czemu po wielu razem spędzonych latach jesteśmy narażeni na takie traktowanie nas przez państwo? To brak szacunku dla nas, naszych partnerów i partnerek, dla tej trudnej sytuacji życiowej w jakiej stawia nas śmierć! Dlaczego nie możemy w spokoju przeżywać żałoby, a martwić się o takie sprawy? Żądamy zmian! Żądamy wprowadzenia związków partnerskich! Chcemy równych praw i równych obowiązków!
Dziękuję wszystkim, którzy przyszli. Przyznaję, że trochę stres mnie zjadał ponieważ to ja odpowiadałem za całość, ale poszło sprawnie. Kilka zdjęć poniżej (autorstwa B.):
Mnie zawsze cieszy, gdy uda się zrobić taką manifestację merytorycznie. Tzn - media więcej napiszą o postulatach niż o przebiegu demonstracji. Po to ulotki by mieli z czego przepisywać :)
Przykre newsy z Poznania, ale przejść się udało - to najważniejsze. Ja się obawiam, że przez akcję 11 listopada, nasze manifestacje będą miały teraz dużo większe problemy. Choć może to i dobrze - będziemy znowu przyciągać media. Ma to jednak swój minus. W relacji z Poznania na Gazecie znalazł się tylko jeden postulat: Chcemy wspólny kredyt. Do tego niestety nie trafiony - od lat nie ma z tym żadnych kłopotów. No i na fotorelacji nawet widać co bardziej interesowało edytorów portalu - policja i kibole.
BTW - Gazeta przy większości newsów warszawskich nt LGBTq podaje na dole zdjęcia z naszego spaceru podczas EuroPride. To miłe, nie ukrywam. No i zdjęcia faktyczne świetne.
Piróg u Radzi, Szypuła w "Adamie" - czyli coś o zasadzie "decorum"
10
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Obcy w Internecie, prasa, wydarzenia | Opublikowano piątek, 19 listopada 2010
Wywiad cóż nie jest najlepszy, ale:
- Rzadko można go zobaczyć razem z tobą.
- To prawda. On jest osobą prywatną, a nie działaczem, i dlatego nie pojawia się często obok mnie w sytuacjach oficjalnych, nie stoi obok podczas udzielania wywiadów. José nie jest typem aktywisty. Wiele razy nas namawiano na wspólne wywiady i przede wszystkim na wspólne zdjęcia. Dziennikarzy i fotoreporterów nie zapraszamy jednak do łóżka.
Rozumiem, że inne pary, które jednak się wspólnie mediom pokazały też zaprosiły je do nagrania swoich wygibasów w pościeli? Nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy - czemu wszystko znowu sprowadzono do łóżka? Tak bardzo lubimy ten stereotyp, czy po prostu kwestia otoczenia?
Wcale się nie zdziwię, jeśli jakiś dziennikarz/dziennikarka na debacie w tv pokaże Adama i pomacha nim przed oczami prezesowi KPH. Inna sprawa - a jak wyborcy na Pradze odnoszą się do udzielania wywiadów pismom pornograficznym?
W temacie wyborów. Piróg zachęca do głosowania w ramach kampanii Zielonych:
Klip robi ze mnie debila - nie trzeba chyba ludziom wyjaśniać, że należy pobrać numerek. Ale nie o tym:
Ten klip promuje Biuro Radziszewskiej. Ponoć Radziszewska miała odejść - Zieloni wspierali ten postulat. Jak to wygląda gdy ktoś bierze udział w kampanii jednej i drugiej strony? Niezręcznie?
Cóż - głosuj na różnorodność - raz u Radziszewskiej, raz u Zielonych. Przecież mamy głosować nie na poglądy, a na "naszych".
Nasza Sprawa 2 - będzie rozprawa!
1
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, wydarzenia | Opublikowano środa, 17 listopada 2010
Po kilkunastu miesiącach różnych działań, które szczegółowo opisujemy na stronie, w końcu osiągnęliśmy pierwszy cel. Uff.. szczerze mówiąc to jak się do tego zabieraliśmy to byliśmy pewni, że pod koniec 2010 roku będziemy w połowie procesu. Niestety to nie okazało się takie łatwe. Problemy z pozwem, niesamowita ilość wyprodukowanej dokumentacji i wieczne czekanie na sądy i inne instytucje. Ale się udało. Cieszę się, że nie zawiedliśmy, bo przyznaję, że chwile załamania mieliśmy :)
Facebook w kolorze tęczy
14
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Miłość nie wyklucza, Obcy w Internecie | Opublikowano
Klasyfikacja fan-pejdżów wygląda tak:
Gosia i Ewa in the air - 12105 (niestety konto zablokowane)
TAK dla Parady Równości w Warszawie - 10637
EuroPride 2010 in Warsaw - 9451
Radziszewska musi odejść - 8154
Miłość nie wyklucza - 5912
Grupa Studencka Kampanii Przeciw Homofobii - 3800
Wszyscy na Tak - 2395
Dziwne jest to, że portale wolą być jako postaci na fejsie. Granica 5 tysięcy znajomych jednak odstrasza mnie od takiej promocji:
Portal Homoseksualizm - 4648 znajomych
InnaStrona - 1412 znajomych
Portal Homiki - 1175 znajomych
Liczby nie porażają, szkoda tylko, że fejs nie pozwala na zobaczenie ile osób zostało zaproszonych do polubienia danej inicjatywy i ile odrzuciło zaproszenie. Mam wrażenie, że dużo ludzi na FB jest po prostu nieaktywnych lub zwyczajnie nie umie się nim posługiwać :) Nota bene - nasi celebryci niedługo chyba będą musieli zakładać strony fanowskie.
Będzie lepiej
3
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Obcy w Internecie | Opublikowano wtorek, 16 listopada 2010
Szaleństwo trwa, kto nie nagrał filmu nie liczy się w amerykańskich szołbajzlu można by powiedzieć. Przy okazji kampanii ciągle dostajemy zapytania o udział celebrytów. Jednak sterowany udział mnie średnio przekonuje, lepiej by było gdyby oni sami zaczęli się dołączać do akcji. A na to w Polsce musimy jeszcze trochę poczekać. Jak angażować polskich celebrytów? Ktoś ma pomysł?
Polska o twarzy...
33
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekt walczy słowem | Opublikowano poniedziałek, 15 listopada 2010
W zasadzie teraz widać pewną hipokryzję tej manifestacji. Zdecydowano się na nielegalne działania i płacze się, że policja reagowała. Od tego jest policja by ochraniać legalne manifestacje a blokować nielegalne. Jak robiła to przy okazji Parad Równości to nikt nie protestował. Jak robi teraz - gromy się sypią. W zasadzie wyrok na policję został już wydany. Niektórzy zachowują się jak Ziobro ogłaszający, że dr. G. zabił ludzi. Poczekajmy na sąd, poczekajmy na ustalenia i nie róbmy bohaterami ludzi, którzy wystąpili przeciwko państwu prawa. Bo tak to wygląda. To nie było już blokowanie faszystów (z resztą wśród tych "faszystów" szły rodziny z dziećmi i nawet Wyborcza była zdziwiona brakiem haseł antysemickich).
W oświadczeniu KPH czytamy:
Został on zatrzymany i pobity, nie tylko w trakcie samego zatrzymania, ale i potem, gdy skuty kajdankami znajdował się w radiowozie. Przez ponad 20 godzin nie przedstawiono mu powodu zatrzymania, protokołu z zatrzymania, nie pozwolono mu na kontakt z adwokatem, ani z najbliższymi.
Fakty będzie ustalał sąd i prokuratura. Dziwny jest zarzut nie przedstawienia powodów zatrzymania - prasa znała je po trzech godzinach. No i nigdzie nie jest napisane, że zatrzymany ma mieć zapewniony kontakt z adwokatem od razu. Ba - w całym rozporządzeniu "w sprawie sposobu postępowania przy wykonywaniu niektórych uprawnień Policji oraz wzorów dokumentów stosowanych w tych sprawach" nie ma żadnych wyznaczonych terminów. Mamy w głowie amerykańskie filmy, a rzeczywistość wygląda trochę inaczej. W przypadku Biedronia i tak wszystko odbyło się bardzo szybko - już o 17 była konferencja w Helsińskiej.
Mam poczucie, że niezależnie od tego co się stało, wiele osób zaczęło się zachowywać nielogicznie. Prawo nie jest od tego by chronić "moralnie wyższych", a od tego by chronić wszystkich. Hipokryzja polega na tym, że jakoś nikt do tej pory nie przyglądał się "delikatności" zatrzymań przeciwników parad, ale gdy nas to dotyka - jest krzyk. Należy pamiętać, że policja też pracuje w stresie... to są ludzie, nie faszyści - jak by chciała Antifa. Zapominamy też o tym, że de facto policja mogła zatrzymać wszystkich, którzy znajdowali się na nielegalnej demonstracji. Z tego co wiem nawet nie wylegitymowano jej uczestników i uczestniczek. To akurat umyka komentującym.
Powiem wprost - wstydzę się, że popierałem Antifę. Faktycznie - podobał mi się pomysł blokowania tzw. "faszystów" - ale w ramach prawa; na koniec tego zgromadzenia zasugerowano by udać się na Oboźną, bez jasnego komunikatu, że to nie będzie legalna demonstracja. Mam po obserwacji demonstracji przykre podejrzenie, że zbyt wielu ludziom zależało na konflikcie. Udało się, tylko, że obrywają niewinni ludzie. Tym razem to niektórzy z nas byli tam gdzie zawsze stoi ONR. Nota bene - bardzo ciekawy zabieg zrobiła HGW, w swoim komentarzu do manifestacji przypominała, że to właśnie Helsińska broniła najbardziej ustawy "Prawo o zgromadzeniach". Niektórzy próbują zrobić teraz nieudolny szpagat, który dla mnie jest śmieszny.
HGW powiedziała też: Po pierwsze trzeba ją (red. manifestację) zdelegalizować wcześniej, czyli nie dopiero kiedy kamienie pójdą w ruch czy jakieś inne przedmioty, tylko w momencie gdy policja zaobserwuje, że ktoś ma kamienie bądź opony, to znaczy, że już na samym początku manifestacja powinna być zdelegalizowana. Tylko, że wtedy trzeba by było zdelegalizować obie demonstracje...
Czy - jak pisze KPH - 11 listopada nasze zaufanie do policji zostało podważone? Na odpowiedź czekam, jednak wyrok został już wydany. Skazanym jest policja, choć na pytanie oficera policji: Należy też odpowiedzieć sobie na pytanie: co robił pan Robert B. w miejscu, gdzie przechodził ten marsz, gdzie była grupa osób, która zaatakowała między innymi kordon policji ochraniający marsz? odpowiedzi nie usłyszeliśmy.
Solidarność z Robertem Biedroniem, któremu również współczuję przykrej historii, nie może zamknąć nam oczu na to co się stało. Potrzeba dyskusji, a w tej chwili wydaje się ona jednostronna.
Udowadnianie moralnej przewagi nie może odbywać się za pomocą kostek brukowych a w cywilizowanej debacie. Tym razem o tym zapomniano.
Za kulisami
5
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Reklamy LGBT | Opublikowano niedziela, 14 listopada 2010
Wybory i ankiety
2
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, Obcy w Internecie, wydarzenia | Opublikowano sobota, 13 listopada 2010
Wyłączenie Warszawy z województwa mazowieckiego od 2020 roku
To ciekawe, bo to akurat postulat PiSu. Z resztą katastrofalny - gdyby to wprowadzić to z kasy naprawdę biednego Mazowsza odpłynie podatek CIT, ktory płacony jest przecież w stolicy a pieniądze te dostaje co roku urząd wojewódzki (cyt.: W Warszawie samorząd wojewódzki zbiera z tego tytułu 1,4 mld zł rocznie, w tzw. wiejskiej części Mazowsza najwyżej 200 mln). Ja bym chciał, żeby Zieloni zaczęli odgrywać poważną rolę, ale jak widzę, że niektórzy kandydaci i kandydatki Zielonych do tej pory raczej nie angażowali się w kwestie "miejskie", to mam poczucie, że była łapanka na nazwiska. A tego w samorządówce nienawidzę. Niestety to choroba w zasadzie wszystkich partii.
Ciekawostką jest wystawienie w moim okręgu Alicji Tysiąc - doceniam wygraną w Trybunale, ale za nic nie potrafię zrozumieć co to ma do wyborów. W ogóle wybory samorządowe to jakaś wielka kpina - Anja Orthodox na radną... ech... Na Mokotowie do wyboru mam SLD, PO, PiS i Warszawską Wspólnotę Samorządową. Ta ostatnia mi się nawet podoba w założeniu (pseudo-oddolna inicjatywa), ale jej numer jeden na Mokotowie jest członkiem Polskich Wolnych Demokratów, którzy na swoje stronie pierd*** o "prawie naturalnym", co automatycznie skreśla go z listy moich zainteresowań. Zagłosuję na Ygę Kostrzewę, bo po pierwsze sąsiadka zza miedzy i chociaż uważam jej kandydowanie za co najmniej dziwne, to wolę poprzeć kogoś kogo znam :)
Do Rady Miasta mam do wyboru SLD, PSL, PO, PiS, Mikkego, Gamoni i Krasnoludki i inne dziwne tworki... tu będę miał trudny wybór, bo głosowanie na Krystiana Legierskiego (jedynka SLD) uśmiecha mi się tak jak pogoda za oknem. Może pani z Partii Kobiet? Ale szukałem jej w google i nic nie znalazłem oprócz tego, że kandyduje... no trzeba się zastanowić.
W kwestii wyboru Prezydenta to nie mam złudzeń - wygra HGW i nawet mam zamiar na nią zagłosować. A, że nie była na EuroPride? Ja jej tam widzieć nie chciałem.
Tyle o głosowaniach, czas na ankiety. KPH uruchomiło bardzo ciekawą stronę - Razem Bezpieczniej. Projekt ciekawie przedstawia problem przemocy, nawet teksty da się czytać (niestety w tego typu pomysłach często teksty sa po prostu tak sztampowe, że jest to lektura trudna), trochę mnie zaskoczyło za to co innego. Na fejsie gdzieś tam zobaczyłem zachęcający link - wypełnij ankietę. Jako nałogowy pomagacz w ankietach wszedłem na stronę i nagle widzę... praktycznie zgłoszenie napadu. Przyznaję, że nieźle byłem zaskoczony i jeszcze przez chwilę szukałem właściwej ankiety :) Jednak jeśli was dopadł jakiś debil/debilka to wypełnijcie, przynajmniej poznamy skalę zjawiska.
Jak już przy ankietach jesteśmy - przypominam o ankiecie na najważniejsze wydarzenie/książkę/sztukę 10-lecia. Roześlijcie po znajomych, będzie "gala" ogłoszenia wyników. Sam powoli zabieram się do takiego podsumowania na blogu i przyznaję, będzie ono raczej pozytywne jeśli chodzi o kwestie widoczności, ale już na pewno krytyczne w temacie zaangażowania. To ostatnie mnie najbardziej zaskakuje - tyle lat obecności i walki o prawa, a nadal nie mamy silnej pozycji lobbingowej. Ba! Rozdrabniamy się na wiele pozycji i nie szanujemy wzajemnej pracy, co osłabia i uniemożliwia porozumienie.
Na koniec polecam też ankietę Otwartego Forum na temat kapitału społecznego. Bardzo przyjemna, wypełnia się błyskawicznie :)
Przeszli czy nie?
16
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano
Zatrzymanie Roberta Biedronia potwierdziła prasa. Dopuszczam wszelkie scenariusze - to przecież żywioł - można się unieść, można znaleźć się w niesprzyjającej sytuacji, można być zgarniętym "terytorialnie" (zwijamy wszystkich którzy są w danym miejscu). Samo zatrzymanie nie mówi o winie lub jej braku, więc czekajmy na dalsze wydarzenia. Przykre jest jednakże to, jak sami na to reagujemy. Na forach zawrzało i duża część komentarzy jest nieprzychylna Robertowi - klasyka, ale przykra. Zwłaszcza, że ocenia się po newsie z mediów całą postać. Inna sprawa, że mam poczucie niesmaku - pewna częśc antyfaszystów po prostu dążyła do bezpośredniej konfrontacji, a ofiarami tego stadnego popędu stały się osoby znane raczej z dość zimnej krwi. Już mamy nagłówki w necie "Biedroń zatrzymany pod zarzutem czynnej napaści na policjanta". Sprzeciw wobec ONR rozumiem, ale już takie numery są dla mnie trudne do zaakceptowania, a co dopiero poparcia.
Cóż - daliśmy (my?) się sprowokować i teraz głównym newsem nie są hasła wykrzykiwane przez ONR (ktoś je w ogóle słyszał?), czy ich zachowanie, a zadymiarska opozycja. Tę bitwę przegraliśmy, zwłaszcza, że media już epatują nas takimi fotami:
Za to czytam newsa:
W jego sprawie na komisariacie interweniował polityk SLD Marek Balicki. Otrzymał on osobistą obietnicę od policji, że Robert Biedroń będzie miał zapewnione pełne bezpieczeństwo w czasie zatrzymania.
Marek Balicki dodał, że trudno mu uwierzyć, by Robert Biedroń - który jest działaczem SLD - zachowywał się agresywnie wobec kogokolwiek, a szczególnie wobec policjantów.
Przepraszam, nie mogę się powstrzymać - czy poseł Balicki interweniował też w sprawie innych zatrzymanych?
Co mnie drażni w Antifie? Zamaskowani ludzie. Halina Bortnowska rok temu wzywała do zdjęcia kominiarek i chust. Jestem za - zwłaszcza, że przez to nie było wiadomo kto z nami, a kto chce zrobić burdę w środku manifestacji. W ogóle środowiska anarchistyczne nastawione są na konfrontację - to nie buduje oczywiście dobrego wizerunku działań antyfaszystowskich - ale to tak jakby powiedzieć, że przegięte cioty psują wizerunek gejów. Tyle, że używanie przemocy, a zwłaszcza hasła anty-policyjne, dla mnie wręcz stadionowe, to już przegięcie. Raz policji dziękujemy (na paradach), raz ich wyzywamy od faszystów. Moralna przewaga jest po naszej stronie, nie musimy tego udowadniać wyżywając się na ludziach, którzy wykonują swoją pracę. Ten brak zrozumienia dla postawy policji w takich sytuacjach zawsze budzi we mnie niesmak. Tak jak i - niestety - wydarzenia po oficjalnej demonstracji. I nie kreował bym tu "nas" na bohaterów walki z faszyzmem. Niektórzy będą teraz udawać, że nic nie wiedzieli o konfrontacyjnie nastawionych anarchistach. Co roku przecież jest to samo i co roku mam wrażenie, że o ile sama idea jet fajna, to wykonanie do kitu. Zbliżanie się do tych co rzucają jajkami w parady jest niebezpieczne, bo nie zawsze będą mówić jako o obrońcach równości, a dzięki panom i paniom w kominiarkach - jak o bandzie zadymiarzy. Nie dać się sprowokować - to jest prawdziwa wygrana. Tym razem odnotowuję porażkę.
Inna sprawa - co to jest "nielegalne zgromadzenie"? Kto to wymyślił? Mam poczucie, że to jakiś relikt z dawnych czasów.
I po Antifie
10
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano czwartek, 11 listopada 2010
Ja mam zawsze problemy z hasłami skrajnymi, a na Antifie takich nie brakowało. Jednak ponieważ cel jest wspólny i dobry, to nie marudzę :)
Marszu zablokować się nie udało - ONR i znajomi wymknęli się przez trasę W-Z i Muranów. Tam trwały próby zablokowania, jednak spacyfikowane przez policję. Bardzo mi się to podoba - z jednej strony pokazało sprzeciw wobec neonazistów, z drugiej - pokazało, że policja jest skuteczna i przeprowadzi każdą manifestację przez miasto. Czy to, że ONR jednak przeszedł (choć trasą zmienioną) to porażka czy sukces? Przykro to powiedzieć, ale to myśmy walczyli o wolność manifestowania - i teraz musimy się też pogodzić z tym, że ciężko jest zablokować legalną manifestację. Jednocześnie super, że próbowaliśmy.
A plotka dnia? Ponoć zatrzymano Roberta Biedronia. Trwa wyjaśnianie co dzieje. Nie ma jak to dzień z emocjami :)
Dziwny news
15
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano środa, 10 listopada 2010
Ale z tego samego newsa dowiadujemy się, że:
- Nie byłem na spotkaniu, nie słyszałem tych słów, nie wiem o co w tej sprawie chodzi. To nie jest stanowisko Sojuszu Lewicy Demokratycznej - komentuje poseł Sławomir Kopyciński, szef świętokrzyskiego SLD. I dodaje, że sam jest autorem projektu ustawy o związkach partnerskich, który po 21 listopada trafi do laski marszałkowskiej.
Ha! czyli będzie jakaś próbka ustawy? Szkoda tylko, że SLD unika konsultacji jej z najbardziej zanteresowanymi. Tzn zapewne konsultuje się, ale za tak zamkniętymi drzwiami, że o najważniejszej dla nas ustawie dowiadujemy się z newsa w Gazecie. Czekamy na projekt, szkoda tylko, że dopiero po wyborach.
Jak się rodzi plotka?
5
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano wtorek, 9 listopada 2010
Faktem jest, że PE przyjął ostatnio założenia Programu Sztokholmskiego, ale w tym dokumencie nie ma ani słowa o wzajemnym uznawaniu związków osób tej samej płci.
Formela pisze: Komisja Prawna zaakceptowała tzw. paragraf 40. Kłopot w tym, że... nie ma takiego paragrafu. Ot komu się coś pomyliło i teraz news idzie w świat. A cytowany tekst pochodzi z draftu do dokumentu, który jednocześnie mówi o uznawaniu dokumentów między państwami - włączanie w to związków partnerskich nie wchodzi w grę. Czasem warto sprawdzić informacje u źródła, czyli w dokumentach Parlamentu, bo powtarzając jeden artykuł, który jest troszkę z palca wyssany można nieźle namieszać w polskich mediach łasych na takie informacje.
Na temat tego, że ciocia Unia kiedyś nakaże Polsce uznać związki partnerskie zawarte w innych krajach narosło już wiele mitów, niestety szanse na to są małe, chyba, że coś się zmieni w orzecznictwie Strasbourga :)
A my byśmy tak chcieli... :)
Co się dzieje?
4
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, Miłość nie wyklucza, wydarzenia | Opublikowano
Już tydzień od ruszenia z "Miłość nie wyklucza". Efekt pierwszy? Dzwonią agencje reklamowe i tego typu oferując swoje usługi. Gdybyśmy jeszcze na nie kasę mieli. Zachęcam do wsparcia nas - naprawdę nie wiele potrzeba, byśmy mieli kasę na utrzymanie tego co jest lub kupienie czegoś nowego (a plan jest ciekawy i śmiały). Niestety są opóźnienia z plakatami dla klubów i ulotkami (ech... kochamy fuck-upy).
Z pozytywnych newsów - newsy o MNW ukazały się na zagranicznych blogach i stronach (czego nie można powiedzieć o niektórych polskich "branżownych" miejscach).
I tak - napisali o nas Towleroad (mały link a wejść - wow!) i mój ulubiony - Joe.My.God. Brytyjski PinkPaper. Info zamieścił też austriacki portal QueerNews, a będzie też tekst po czesku. W Polsce: Wp.pl, KampanieSpoleczne.pl, WirtualneMedia, Wiadomosci24 (ma być więcej podobno). Czekamy na reakcję mediów drukowanych, bo jednak to jest największa siła no i będziemy mieli przed sobą dość dziwaczny występ w pewnej telewizji. Zobaczymy jak to wyjdzie, ale istnieje mała obawa, że zrobimy z siebie małpki na wybiegu :)
Jeszcze do mediów wracając - zaskoczył nas Gaylife, pisząc: Redakcja Gaylife popiera akcję i ma zaufanie do jej organizatorów znanych jej z wcześniejszych sensownych i efektywnych działań. Jeszcze nie tak dawno słyszeliśmy naśmiewanie się i br
ak poparcia dla Naszej Sprawy 2, a teraz to... no ciekawe, ciekawe. Pojawiliśmy się na Gay.pl, Gejowie, zapewne już wiecie też więc gdzie się nie pojawiliśmy ;)
W ramach kampanii zapraszamy Was do nagrywania własnych filmów popierających związki partnerskie:
Możecie też odwiedzić Krakowski Przedmieście i zrobić sobie fotkę pamiątkową :)
Możecie też przyjść na demonstrację:
Popierasz postulat wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich? Dajemy ci wiele możliwości wyrażenia tego, jednak nic nie zastąpi Twojej obecności na manifestacji.
20 listopada (sobota) pod Bramą Główną UW rozwijamy znany już z parad równości olbrzymi różowy transparent i domagamy się ustawy! Jeśli pogoda na to pozwoli przejdziemy z transparentem przez Nowy Świat pod siedzibę Parlamentu.
Polska jest obecnie największym państwem Unii Europejskiej, w którym związki osób tej samej płci są prawie całkowicie niewidzialne dla prawa. Państwo nie zapewnia im żadnej ochrony prawnej, nie reguluje ich sytuacji, nie uwzględnia ich istnienia. Tylko razem możemy pomóc w zmianie tej sytuacji.
Dawne hasło "Out of the bars and into the streets" zmieniamy na "Out of Facebook and into streets"! Dołącz do nas 20 listopada!
Miasto świrów
21
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, HomoWarszawa | Opublikowano piątek, 5 listopada 2010
Po pierwsze nie cała Warszawa podbiła moje serce, a pewien wycinek - od północy wyznacza go Arkadia, od południa Plac Unii Lubelskiej, od wschodu Wisła a od zachodu Aleje JP2. W zasadzie poruszam się tylko po tym terenie, a każdy wyjazd "na Pragę" czy "w siną kabacką dal" jest dla mnie dość trudny - daleko, prawie nic tam nie ma, z jednej strony sypialnia, z drugiej po prostu bieda, która mi przypomina mój rodzinny Wałbrzych, a na wizualne wspominanie tego miasta to ja najmniejszej ochoty nie mam.
W Warszawie cenię sobie ludzi. Chyba nie ma innego miasta w Polsce, które by tak bardzo przyciągało wszelkiego rodzaju świrów (czyt. społeczników). Gdzie się człowiek nie obróci tam jakaś inicjatywa, knajpa dla cyklistów, buddystów, filosemitów, queerów, tap madelek... Lubię warszawskie mody - lans w Delikatesach, lancze w Tel-Aviv, piwko na podwórku 5-10-15 (niestety zamknięte), obiadek w Między Nami, a czasem deserek w Słodkim-Słonym. Lubię mijać odjechane sklepy na Mokotowskiej (Bęc-Zmiana), czy przejść się do Łazienek by kląć na mieszczaństwo (sic!) i biegające dzieci. Podoba mi się, że za większością z tych miejsc stoją konkretni ludzie - Malka Kafka, Grzegorz Lewandowski, Bogna Świętkowska i wielu/wiele innych postaci, które nie tylko prowadzą small-biznesy, ale często angażują się w poprawianie rzeczywistości. Trudno z resztą stworzyć teraz popularne i ciekawe miejsce będąc osobą anonimową, ludzie raczej zbierają się wokół innych niż wokół stolików.
Ostatnio pokochałem Powiśle - teren, który jeszcze jest zbieraniną wysepek, ale powoli się integruje i jak już będzie pełna infrastruktura zapewne stanie się najszybciej rozwijającym się miejscem w mieście. Dużo by wymieniać - jak ostatnio powiedział T. - czy ty już na kawie byłeś wszędzie? Niestety ceny kawy w tym mieście są chore - chyba tylko w Londynie kawa kosztuje więcej. Jeśli ktoś wciska mi kawę za ponad 2 euro to powinienem protestować, ale w stolicy praktycznie nie ma wyjścia. I to mnie akurat strasznie irytuje. Irytuje mnie też to, że są przejścia podziemne, jakieś dziwaczne kładki nad ulicami, ścieżki rowerowe jak ze snu pijanego planisty, chodniki służące samochodom do jazdy, a pół miasta to jeden wielki parking.
Tytuł projektu, który mnie zainsprował do tych przemyśleń to "Warszawa dla początkujących". W kontekście homiczym jest to bardzo proste - większość zaczyna swoje bywanie od klubów - Toro, Galerii, ew. Rasko (choć akurat położenie Rasko jest koszmarne i przez to raczej tylko dla fanów i fanek). Ostatnio do tej listy doszedł Glam na Żurawiej (nie lubię tego miejsca - przychodzi tam liceum, a klub "aspiruje" do bycia Utopią). Na spokojniejsze wypady - a na nie przychodzi czas przeważnie po klubowych odwiedzinach - można iść do Amsterdamu, Bastylii, City, saun (nie lubię) i Lodi-Dodi (kocham). Został nam jeszcze Wild na Chłodnej i Fantom na Brackiej, ale to już miejsce dla bardziej zaawansowanych użytkowników infrastruktury klubowej.
Jednocześnie nie ma się co przywiązywać do listy "branżowych" miejsc, gdyż z własnego doświadczenia wiem, że większość nowych, a zwłaszcza co bardziej popularnych miejsc jest już na bardzo wysokim poziomie homo-przyjazności. W zasadzie nie wyobrażam sobie, by ktoś otworzył nową knajpę i chciał być homofobem. To się zwyczajnie nie opłaca. Trzeba się wyzbyć jedynie strachu przed obłapianiem drugiej połówki w "miejscu publicznym". A to się bardzo opłaca i polecam wszystkim :)
Warszawa ma swoje mody, ma swoich animatorów, którzy ją nakręcają, ma różne środowiska - od Krytyki Politycznej po szeroko pojętą Grupę Tel-Aviv. Jednym z trendów jest np. zachwyt nad bazarkami (nie w pełni przeze mnie rozumiany), wietnamskim jedzeniem (w 100 proc. popieram), ciekawe, że większość z tych trendów to trendy "sentymentalne". Lubimy tęsknić za elementami, które znikają z naszej przestrzeni. Stąd popularność wzornictwa z PRL - kubeczków, mebli czy bajek (nie wejdę nigdy do sklepu "Kultowe Dobranocki" bo bym nabył sentymentalnie sporo rzeczy, które do niczego mi nie są potrzebne).
Dlatego jak przychodzi mi oprowadzać kogoś po Warszawie to zamiast pokazywać mu spiżowe zabytki, wolę pójść "w miasto". I nie przekonuje mnie myślenie wyrażane często przez warszawskich świrów, żebyśmy byli jak Berlin - właśnie to połączenie wschodu z zachodem, nowoczesności z sentymentalizmem w duchu PRL jest w Warszawie najcenniejsze.
Co ciekawe jestem też warszawskim patriotą - gdy słyszę narzekania na to miasto ("jej co za stary tramwaj", "matko jakie korki", "tylko jedna linia metra!?") - to się z nimi zgadzam, jednak zawsze przez głowę przechodzi mi taka myśl - ale gdzie jak nie w Warszawie można tyle zrobić? Tak dużego zagęszczenia świrów na metr kwadratowy nie ma nigdzie.
Tak więc na koniec, pioseneczka:
Krakowskie Przedmieście
8
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, wydarzenia | Opublikowano czwartek, 4 listopada 2010
A to dopiero początek naszej zabawy na Krakowskim :)
Trans bez akcji
13
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, wydarzenia | Opublikowano
Pytanie tylko, czy widz HBO, który dzięki temu filmowi zobaczy Anię po raz pierwszy w życiu, wyciągnie z tej historii również to. Że choć wiele się zmieniło, to nadal jest to ta sama osoba i nic nie usprawiedliwia traktowania jej i innych osób, które przechodzą to samo, w sposób odmienny. I że to odmienne traktowanie przydarza się nader często.
Queerpopa w komentarzu:
Na ulotkach towarzyszących pokazowi, bardzo starannie wydrukowanych na sztywnym papierze w formacie A4, największymi literami wytłuszczona jest deklaracja Ani Grodzkiej: "Chcę sprzeciwić się dyskryminacji, ksenofobii i społecznej nietolerancji dla odmienności". I pięknie, i wiemy że to robi. Szkoda tylko, że nie w filmie, w których nie ma nawet wzmianki ani o jednym, ani o drugim, ani o trzecim.
Czas na moją.
Abstrahujmy od Ani Grodzkiej jako osoby, działaczki, ciepłej i kochanej przez nas osoby. Bo myśląc tymi kategoriami musimy powiedzieć - świetny film. A to nie jest prawda. Powiem szczerze - mi się to absolutnie nie podobało. Pierwszy problem - jak się okazuje Ania miała bardzo duży wpływ na niego (research, montaż), a to nie jest dobrze, gdy bohaterka filmu sama go układa. To wyszło w tym filmie. Ania chciała by było miło, sympatycznie, ciepło. Było - aż do przesady. Największym dramatem w tym filmie jest zdenerwowanie przed sprawą sądową (choć wcześniej zobaczyliśmy przychylne nastawienie sędzi), nawet strach przed zabiegiem jest ominięty, osłonięty widoczkami z Tajlandii. Film staje się przez to apatyczny, mógłby zmieścić się w 15 minutach... Nie podjęto w nim praktycznie żadnej bolączki środowiska trans - wydawać by się mogło, że wręcz jest super. Tylko chwilami przebijają się niepewności, strachy. To film z perspektywy warszawskiej, wyoutowanej Ani... podczas dyskusji o filmie padło stwierdzenie, że po prostu twórcy nie spotkali się z przeciwnikami. To nie jest prawdą - pokazano np. paradę równości, ale już bez oponentów.
Drażnią mnie chwyty w stylu stosowanym w Uwadze - pasujące może do takich programów - bardzo duża liczba scen, w których widać, że rzeczywistość jest ustawiana. Sam pamiętam jak męczyłem się z T. nad jednym mini-reportażykiem i kazano mi gotować (czynność, której w zasadzie nienawidzę) i do tego mówić o nas. Wyszło to sztucznie, a takich sztuczności w filmie jest dużo. Przez co nie ma on żadnego waloru artystycznego (ok - ze trzy sceny mają, ale to jednak jest dość przydługawy twór).
Film irytuje swoją naiwnością - nie pokazano na przykład koszmaru zmiany dokumentów (świadectwo maturalne jest bardzo ciężko zmienić), stworzono rzeczywistość, w którą trudno uwierzyć. Ostatnio miałem przyjemność pracy z M., transseksualistką, która boi się, że publiczny występ może jej zaszkodzić w sprawie sądowej mającej na celu ustalenie płci. I w tym był dramat. To było prawdziwsze od wizji przedstawionej w filmie. Tutaj zaś muszę przypomnieć o filmie Trans-misja, w którym - choć zrealizowany za bardzo małe pieniądze - dramat i problemy były pokazane w sposób naprawdę mistrzowski.
Najlepsze sceny - to te gdzie Ania jest osobą przedstawiającą świat osób trans, a nie jedyną bohaterką - gdzie pokazuje swoich przyjaciół trans podczas malowania (świetna scena i dyskusja na temat kreski pod oczami, przypomina Venus Boyz), zapada w pamięć jeszcze rozmowa z matką innej osoby trans, która mówi o żałobie po synu, który stał się córką. Trywialnie podjęto też tematy zabiegu na genitaliach - Ania jedzie do Tajlandii, w domyśle by dokonać tego zabiegu, kończy się na operacji plastycznej (powiększenie piersi plus zabieg na ustach). My może wiemy jak to jest trudne zrobić taki zabieg w Polsce, jednak widz może poczuć się zaskoczony - to po co aż do Tajlandii? Sam byłem zaskoczony tym, że cała wyprawa była "tylko" po to. To kolejny przykład na to, że nie jest to film poruszający ważne tematy, a śliczna pocztówka ze wspaniałą osobą w roli głównej. Niestety to nie wystarcza by film miał mi się obiektywnie podobać.
Szkoda, że najciekawsze wątki, które można by pokazać nie zostały włączone. Wyszedł przez to obrazek ładny i ciepły, ale bez ikry. Szkoda, bo była duża szansa na omówienie różnych tematów.
Niestety nie powstał do tej pory w Polsce żaden dobry film - czy to dokumentalny, czy fabularny - na temat literek LGBTQ. Mamy do czynienia albo z katastrofami artystycznymi jak Homo Father, albo z obrazkami, które bardzo powierzchownie przelatują się po rzeczywistości. Może nasi twórcy po prostu za mało widzieli zagranicznych produkcji?
Już wisimy!
9
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Abiekta przypadki, Reklamy LGBT, wydarzenia | Opublikowano środa, 3 listopada 2010
Zatem spot:
I nasze plakaty:
Dereniowa - Ciszewskiego (2)
Pruszkowska 32
Trakt Lubelski 223
Wydawnicza 22
Łódź, ul. Rokicińska- Transmisyjna
Łódź, al. Poltechnika- Radwańska ( Politechnika)
Trzy kolejne plakaty opublikujemy już niedługo, w tym ten najważniejszy - na Krakowski Przedmieściu :) Zapraszamy na naszą stronę internetową. Mamy nadzieję, że się spodoba. No i na fejsa ;)
Trailer
1
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Reklamy LGBT | Opublikowano wtorek, 2 listopada 2010
Przepraszają za Genowefę
0
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano
Chcielibyśmy przeprosić wszystkich, którzy poczuli się urażeni reklamą GoldenLine „Kim jest Genowefa Zamieć?”. W związku z tym, podjęliśmy decyzję o zakończeniu całej kampanii reklamowej (w GoldenLine oraz w serwisie Facebook).
Korzystając z okazji pragniemy podkreślić, że kampania w jakimkolwiek jej aspekcie nie miała na celu dyskryminowanie czy obrażanie kogokolwiek.
Przekaz reklamowy był skierowany do branży HR. Miał zwrócić uwagę na fakt, iż rekruterzy często otrzymują CV niespełniające wymagań stanowiska (pod kątem dotychczasowego doświadczenia, kwalifikacji czy znajomości języków, itp.). Nawiązując do przekazu kampanii: Pani Henryka Zamieć świetnie sprząta, w związku z czym może być doceniana i postrzegana jako wartościowy pracownik. Jednak jej obecne kwalifikacje i doświadczenie zawodowe nie odpowiadają wymaganiom na stanowisko managera, na które zaaplikowała.
Nie zmienia to faktu, że uznajemy krytykę, wedle której użycie wizerunku Pani Genowefy i dwóch pozostałych postaci było niefortunne i mogło urazić uczucia niektórych grup społecznych. Szczerze zapewniamy, że naszą intencją nigdy nie było i nie jest obrażanie kogokolwiek. Dlatego jeszcze raz pragniemy przeprosić osoby, które poczuły się osobiście dotknięte przekazem kampanii.
Z wyrazami szacunku,
Monika Samojlik
Marketing Manager, GoldenLine
Materiał do szkół?
5
Autor: Wojciech Szot | Tematy: Historia LGBTq, TV | Opublikowano poniedziałek, 1 listopada 2010
Kolejne konto usunięte
6
Autor: Wojciech Szot | Tematy: wydarzenia | Opublikowano
Genowefa Zamieć bardzo chce zostać marketing managerem... ...więc nieustannie aplikuje na to stanowisko :) Całe szczęście Genowefa nie ma konta w GoldenLine, więc nie zobaczysz jej CV wśród aplikacji, które od nas otrzymasz. Dowiedz się, jak skutecznie rekrutować z GoldenLine.pl
Dołączono CV pani Genowefy:
Jest wdową (ma to znaczyć - bo kto by ją chciał?), od 1971 roku pracuje sprzątając urząd pocztowy (mała mobliność, przypominają mi się "złogi peerelowskie"), wykształcenie podstawowe, zainteresowania - koszykówka ("głównie z zakresu koszy" - infantylizacja, chamskie wyśmiewanie), organizacje - koło gospodyń wiejskich.
Z pewnością takich pań jest w naszym kraju wiele, ale spełniają one ważną funkcję w naszej rzeczywistości i wykorzystywanie ich wizerunku i naśmiewanie się z nich powodują, że Golden Line od tej pory będzie mi się kojarzyło nie z profesjonalizmem, a poniżaniem ludzi. Zwłaszcza jak w cv czytam: Nie wyrażam zgody na zakładanie mi profilu w serwisie GoldenLine.pl, ponieważ jest to serwis dla profesjonalistów. Białe kołnierzyki chcą uniknąć bratania się z prostym ludem?
Pomysł na reklamę jest chamski, prostacki, mam nadzieję, że ktoś to przeczyta i usłyszymy przeprosiny szefostwa portalu wobec wszystkich uczciwie pracujących ludzi, którzy zarabiają tyle by przeżyć.
Pan prezes GL - Mariusz Gralewski - też się interesuje koszykówką, ciekawe czy głównie "z zakresu koszy"?
Polecam pisanie protestu do GL - wyślijcie go też do mediów :)
adresy:
media@goldenline.pl
info@goldenline.pl
Szanowni Państwo,
oburza nas treść reklamy "Kim jest Genowefa Zamieć", emitowanej na stronach serwisu GoldenLine.pl oraz portalu facebook.com
Reklama Kim jest Genowefa Zamieć to wyjątkowo prostacki przykład seksizmu, ageizmu i klasizmu. Zawarcie tak wielu dyskryminujących treści w jednym przekazie jest dla nas naprawdę zadziwiające.
Z Państwa reklamy wynika między innymi, że kobiety 50+ i mężczyźni 50+ to odpady na rynku pracy, i że praca fizyczna jest czynnością niegodną profesjonalisty. Wynika z niej również, że takie przekonanie panuje wśród rekruterów i rekruterek, bo do nich reklama jest adresowana.
Zamieszczenie tej reklamy świadczy o braku profesjonalizmu oraz jakiegokolwiek wyczucia.
Zapraszamy do zapoznania się z opiniami zbulwersowanych użytkowników GoldenLine.pl i portalu facebook.com. Licznie pojawiające się głosy wyrażają rozczarowanie, niedowierzanie i oburzenie.
Natychmiastowe wycofanie reklamy wydaje nam się jedynym rozsądnym zakończeniem tej kompromitującej GoldenLine.pl sprawy, nawet jeśli miałoby ono nastąpić na kilka dni przed oficjalnym zakończeniem kampanii. Poza wycofaniem liczymy również na oficjalne ustosunkowanie się do publikacji reklamy na stronach Państwa serwisu. Uważamy, że Genowefie Zamieć, Marianowi Hebblowi i Henrkowi Czyścikiewiczowi, a wraz z nimi wszystkim osobom, które zostały obrażone w tej kampanii, należą się przeprosiny.
Z poważaniem,
ps. a potrzebujecie konta na GL? Jak nie to można usunąć - wtedy pojawi się okienko, w którym można wpisać powód rezygnacji z konta :)
























.jpg)














