Jedno nazwisko jest dzisiaj na ustach wszystkich. Obama wygrał i to chyba nikogo nie powinno dziwić.
Ja się ekscytowałem oczywiście głosowaniami w Kalifornii, Arizonie i Florydzie i nie mam dobrych wieści. Ba, jest fatalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o Kalifornię, gdzie jednak sondaże były minimalnie na plus dla homików.
Wyniki:
Floryda
za zakazem - 4 721 890 (62,1%)
przeciw - 2 884 880 (37,9%)
Arizona
za zakazem - 1 001 808 (56%)
przeciw - 773 390 (44%)
Kalifornia (po podliczeniu 82 proc. głosów)
za zakazem - 4 488 600 (51,8%)
przeciw - 4 173 033 (48,2%)
Pewnie jak skończę to pisać, wyniki w Kalifornii będą prawie ostateczne. Obama mi się coraz bardziej podoba, w swoim pierwszym przemówieniu już po wieści, że wygrał nawet o nas nie zapomniał:
It is the answer spoken by young and old, rich and poor, Democrat and Republican, black, white, Hispanic, Asian, Native American, gay, straight, disabled and not disabled, Americans who send a message to the world that we have never been just a collection of individuals or a collection of red states and blue states - we are and always will be the United States of America.
Miło z jego strony, oczywiście podbił tym wszystkie serwisy ciotowskie i pewnie będzie wielbiony przez amerykańskie ciotki aż do następnych wyborów. Polskie serwisy oczywiście zbanowały fragment wypowiedzi Obamy, cytat z Wyborczej:
Młodzi i starzy, biedni i bogaci, Demokraci i Republikanie, czarni, biali, Latynosi, Azjaci, rdzenni Amerykanie wysłali światu wiadomość: Nigdy nie byliśmy tylko zbiorem niebieskich i czerwonych stanów, tylko Stanami Zjednoczonymi Ameryki
Już wiem, czemu niektórzy proponują Wybiórcza zamiast obecnej nazwy tej gazety. W minorowych nastrojach jestem, bo myślałem, że Kalifornia pokaże charakter, a tak tylko można cieszyć się, że San Francisco potwierdziło status jednego z najbardziej gay-friendly miast na świecie - 76,5 proc. głosujących było po naszej stronie. Nie sprawdziły się też przypuszczenia, że głosujący za Obamą poprą "naszą sprawę" - Obama wygrał 62-37 z McCainem.
Inna sprawa - całe środowisko działaczowski, w Polsce też, powinno przyjrzeć się tej kampanii, pewnych zabiegom marketingowym. Owszem mamy o wiele mniej kasy i tak dalej, ale np. pomysł, żeby eksponować nie gejów i lesbijki a osoby heteroseksualne mówiące o naszych prawach nie wymaga kasy, tylko zmiany myślenia. Tu jest też inny problem - w Kalifornii geje nie są niewidzialną częścią społeczeństwa, a i klimat biznesowy jest dla nich sprzyjający.
Na koniec - ponieważ Amerykanie dokonywali nie tylko wyboru prezydenta, ale i głosowali w takich sprawach ja powstanie szybkiej koleji w Kalifornii (powstanie), w wyborach do Kongresu, Izby Reprezentantów i lokalnych władz wzięło udział wiele osób homo (jawnych). Jared Polis będzie najprawdopodobniej pierwszym jawnym gejem wybranym do Kongresu (reszta się ujawniła już w Kongresie). Na 540 - 3 jawnych. No, nie jest źle jak na początek :)
Tyle amerykańskich wieści, jak podliczą Kalifornię to może coś dodam. Czyli co? Przegrali, ale nie do końca? Pokazali, że można prowadzić porządną kampanię? Czyli "Yes we can"? I hope so.
Mapka live z Kalifornii tutaj.
Yes we can?
środa, 5 listopad 2008 | Autor: Wojtek o 09:40
Tematy: wydarzenia
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

2 komentarzy:
jak zwykle poszukujemy choćby minimalnej porcji optymizmu :)
Myślę, że to nie tłumacz winien, a redaktor. Tłumacz chyba oddaje tekst i tyle. No chyba że się pod tym podpisał.
Prześlij komentarz